Uczestnicząc w wystawie w Bonn powrócił do mnie ponownie temat: odpowiedzialność za wypowiadane słowa. Konkretnie chodzi mi o słowo: orientalny, Orient. Kiedy byłam w Japonii ludzie często pytali mnie co sądzę o ich kraju, czy mi się podoba, jakie widzę różnice i co jest dla mnie interesujące. Pierwszą wypowiedzianą, aczkolwiek bardzo prostą opinią ;-), było: Japonia jest bardzo interesującym krajem, jest dla mnie orientalna. Nie rozwinęłam tematu, bowiem Japończycy zareagowali od razu oburzeniem. Stwierdzili, że orientalna to jest Korea, a nie oni. Dla nich znaczenie tego słowa było negatywne, oznaczające coś gorszego, w tym przypadku słabiej rozwinięty kraj itd. Tłumaczyłam, że dla mnie orientalny oznacza ciekawy, inny kulturowo, choć dziś już wiem, że użycie tego słowa w tym kontekście było niewłaściwe (i nie chodzi tu o poprawność polityczną). Muszę jednak dodać, że zaskoczyło mnie oburzenie Japończyków. Wielokrotnie miałam jeszcze słyszeć o ich wyższości nad innymi krajami w różnych dziedzinach życia, np. gospodarki, polityki, życia społecznego itd. Kiedyś jeden z japońskich nauczycieli zaprosił mnie na swoją lekcję i poprosił, abym opowiedziała coś o Polsce – szkolnictwie, życiu, gospodarce. Zapytał ile wynosi PKB Polski, kiedy odpowiedziałam, zaczął śmiać się jak dziecko. Wiadomo z jakiego powodu. PKB Polski w porównaniu z PKB japońskim było bardzo niskie oczywiście. Obserwowałam to zachowanie z wielkim zainteresowaniem ;-)
Wracając do Bonn i do wystawy w której uczestniczyłam. Wystawa miała tytuł: Orientation. Brały w niej udział artystki z Egiptu, Libanu, Niemiec i Polski. Cały czas w rozmowach, wystąpieniach, kontaktach z prasą pojawiała się opozycja: Europa i Orient (my z Europy i oni z Orientu). Czasami czułam jakiś dyskomfort przy takim traktowaniu sprawy (albo już jestem przewrażliwiona ze względu na swoje japońskie doświadczenie). Swoją drogą ciekawa jestem co sądziły o tym moje koleżanki z Egiptu. Niestety nie spytałam. Ale brałam udział w bardzo ciekawej rozmowie z artystką z Bejrutu Randą Mirzą, która stwierdziła, że zawsze jest zapraszana na wystawę w jakimś kontekście (czy to politycznym czy "orientalnym"), a nigdy jako samodzielna artystka (nie chodzi tu o wystawę solową oczywiście). Randa twierdzi, że jej prace są bardzo osobiste, a nie polityczne, np. prace, które wystawiła na naszej wystawie (Parallel Universes). Zaskoczyło mnie to.
Prace Randy http://www.randamirza.com/
W najbliższym czasie Randa będzie uczestniczyć w warsztatach w Galerii Raster w Warszawie. Więcej info na www.raster.art.pl
czwartek, 19 listopada 2009
środa, 11 listopada 2009
poniedziałek, 9 listopada 2009
Japońska prowincja 2
Kontynuując wątek japońskiej prowincji… Noc była japońska, przypominała mi filmy Kurosawy, czarno-białe, kontrastowe. Czułam japoński zapach drewna (ten zapach już nie opuści mnie chyba do końca życia). Byłam głodna, trochę zmartwiona jeśli okazałoby się że następnego dnia nie znajdziemy jedzenia i będziemy musieli się przenieść do innego miejsca, ale japońskie szepty, które słyszałam za przesuwanymi drzwiami uśpiły mnie i niepokojące myśli.
Rano okazało się, ze koło naszego hostelu jest kawiarenka. Przytulna, z przemiłą właścicielką, która zaparzyła nam kawę na specjalnym palniku w naczyniu całym ze szkła. Wdała się z nami w pogawędkę. Właścicielka była kobietą przepiękną, delikatną. Polubiła nas i pokazała sporo prywatnych zdjęć oraz… osobliwą kolekcję małych przedmiotów przypominających zabawki. Do kawiarenki przychodziliśmy codziennie. W ostatni dzień naszego pobytu była to wizyta obowiązkowa. Było tak milo, że spóźniliśmy się na nasz pociąg ;-) Pani wręczyła mi prezent – małą czerwoną portmonetkę, która mam do dziś. Ja w zamian podarowałam jej drewniane, ręcznie malowane jajko do jej kolekcji.
Pożywienie znaleźliśmy w miasteczku obok, do którego wyruszyliśmy pieszo. Tam też znaleźliśmy onsen na wzgórzu. Duży. Pusty. Z pełną obsługą. Zakupiliśmy ręczniki, po czym ja poszłam na stronę damską a B. męską. B. kocha japońskie onseny i od paru lat fantazjuje, że zrobi taki onsen w naszej łazience ;-)))



To tylko fragment onsenu na wzgórzu z widokiem na góry i całą okolicę. Oblucje japońskie to osobny, ciekawy temat ;-)
Rano okazało się, ze koło naszego hostelu jest kawiarenka. Przytulna, z przemiłą właścicielką, która zaparzyła nam kawę na specjalnym palniku w naczyniu całym ze szkła. Wdała się z nami w pogawędkę. Właścicielka była kobietą przepiękną, delikatną. Polubiła nas i pokazała sporo prywatnych zdjęć oraz… osobliwą kolekcję małych przedmiotów przypominających zabawki. Do kawiarenki przychodziliśmy codziennie. W ostatni dzień naszego pobytu była to wizyta obowiązkowa. Było tak milo, że spóźniliśmy się na nasz pociąg ;-) Pani wręczyła mi prezent – małą czerwoną portmonetkę, która mam do dziś. Ja w zamian podarowałam jej drewniane, ręcznie malowane jajko do jej kolekcji.
Pożywienie znaleźliśmy w miasteczku obok, do którego wyruszyliśmy pieszo. Tam też znaleźliśmy onsen na wzgórzu. Duży. Pusty. Z pełną obsługą. Zakupiliśmy ręczniki, po czym ja poszłam na stronę damską a B. męską. B. kocha japońskie onseny i od paru lat fantazjuje, że zrobi taki onsen w naszej łazience ;-)))



To tylko fragment onsenu na wzgórzu z widokiem na góry i całą okolicę. Oblucje japońskie to osobny, ciekawy temat ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)