sobota, 29 sierpnia 2009

Leżakowanie


Ostatni tydzień był intensywny i pracowity. Poczulam zmęczenie ;-) Do tego jeszcze dwa dni temu objadlam się krewetkami, które zrobil B. w nocy. Często gotujemy nocą po cięzkim dniu. Niestety chyba zjadlam za dużo tych krewetek, bo dostalam uczulenia. Cale szczęcie, że to tylko to, ponieważ każda zakaźna choroba skomplikowalaby mi plany zawodowe i nie tylko. W zwiazku z uczuleniem (mam nadzieję, że tylko chwilowym) dostalam tabletki, po których jestem senna. Dlatego dzis z Nutką wylegujemy się w łóżku, oglądamy sobie różne rzeczy w necie, sluchamy ulubionych piosenek i prowadzimy dyskusję. Wiele mądroci uslyszalam dzis od swojej córki ;-)

wtorek, 18 sierpnia 2009

Kosmos z Nutą

Nutka: - Mamusiu, jak będę duża to wezmę cię na kosmos.
Ja: - Weźmiesz mnie?
Nutka: - Taaaaaaak!!! Jak będę duża.
ja: - Dziękuję ci, że mnie weźmiesz.
Nutka: - Wlożymy sobie kaski na glowę i polecimy na kosmos razem.
ja: - Dobrze.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Ceremonia herbaty cd

Moja pierwsza ceremonia herbaty była dość zabawna. Właściwie to były to dwie ceremonie jednego dnia: pierwsza na zewnątrz przy pełni księżyca, a druga wewnątrz budynku, gdzie mogłam obserwować wszystkie czynności.
Przygotowanie herbaty trwa dość długo, potrzebne jest do tego mnóstwo przedmiotów: od czajnika, specjalnego bambusowego czerpaka, chasenu (bambusowa mątewka do mieszania proszku herbacianego) i wiele innych. Tak, to nie jest prawdziwa herbata w listkach lecz proszek. Bardzo mocny i cierpki w smaku. Ponieważ byłam już po jednej ceremonii herbaty ze znajomymi, wysiedzenie na drugiej sprawiało nam trochę problemów. Czuliśmy się jak po wypiciu 5 kaw. Zielony proszek ma swoją moc! Siedząc na tatami najpierw podano nam ciasteczko w kształcie głowy królika w pudełku. Japończycy wierzą, że królik mieszka na księżycu i tam rozbija ziarenka ryżu. Ciastko to jest zrobione z czerwonej fasoli i jest bardzo słodkie, co równoważy cierpki smak herbaty. Mój znajomy spróbował ciasteczka po czym zrobił okropną minę. Nie mogliśmy powstrzymać śmiechu, trzeba było, bo ceremonia ma swą powagę. Najgorsze było to, że znajomy nie wiedząc co zrobić z nadgryzioną słodką głową zwierzątka wziął ją w długie swoje palce i położył za sobą. To było już dla mnie za wiele, myślałam, że uduszę się ze śmiechu. Na szczęście nastąpił moment podawania herbaty i związane z tym liczne ukłony, więc nad wyraz nisko się kłaniałam, ukrywając swój śmiech. No, Moi Drodzy kiedy wypiłam drugą czarkę zielonego proszku rozpuszczonego w wodzie, myślałam, ze zaczne fruwać. Całą noc nie mogłam zasnąć.

Z ceremonią zwiazana jest cała etykieta: wazna jest ilość zrobionych kroków podczas przemieszczania się, ton glosu, głębokość ukłonów, jakosć podejmowanych tematów. Nie jest łatwo. Herbatę pije się trzema małymi łykami, jedną dłonią trzyma się spód czarki, drugą się ją obejmuje. Należy także wycierać brzeg naczynia.
Nelly uczy się przygotowywać herbatę
Prywatna lekcja z Yoko
Herbatę pilam w różnych miejscach, również w takim obiekcie zrobionym z bambusa i papieru

wtorek, 11 sierpnia 2009

Ichi-go ichi-e

Ichi-go ichi-e oznacza jedną okazję, jedno spotkanie a odnosi się do japońskiej ceremonii picia herbaty. Miałam okazję pić taką herbatę kilka razy, przy czym mój pierwszy raz (podczas pierwszego pobytu w Japonii) był zabawny, ale o tym będzie osobny wpis. Cha-no-yu – droga herbaty, to rzeczywiście droga do której warto być przygotowanym. Każdy ruch, scenografia obrzędu ma swoje znaczenie. Pomieszczenie w którym się pije herbatę jest wyłożone tatami – to na nich się siada, w pokoju znajduje się ikebana oraz specjalny zwój odnoszący się do pory roku. Miejsce, gdzie ceremonia się odbywa zwykle znajduje się w naturalnym otoczeniu na przykład ogrodu, którego uroki można równocześnie podziwiać. Herbata jest podawana w czarkach z porcelany, takich trochę nierównych. Piszę o tym, bo kiedy ma się z nimi do czynienia pierwszy raz, trudno odnaleźć to piękno. Czarka na spodzie ma swój odciśnięty znak, tylko znawca może docenić i odróżnić przez jakiego artystę została wykonana. cdn



sobota, 8 sierpnia 2009

Mały mnich i pijawka, która zmieniła moje życie.

Yuksom, malownicza wioska w górach. Zatrzymaliśmy się w niej, aby odwiedzić okoliczne świątynie buddyjskie. Trochę z niepokojem tam pojechałam, a to ze względu na sen A. w Darjeeling:

A. zabiła w śnie mężczyznę, po czym zamurowała go w tylniej ścianie garażu w O., w domu rodzinnym. Po tym czynie, jakże haniebnym, próbowała skontaktować się z policją. Niestety otrzymała tylko automatyczną odpowiedź: zadzwoń później. Cały sen męczyła się, bo nie mogła zgłosić tego morderstwa.

Osobliwy sen. Ale jesteśmy w Yuksom, robimy pierwsze rozeznanie w terenie. Malowniczą ścieżką udajemy się do Dubdi Monastery, bez pośpiechu, w ciszy. Monaster był zamknięty, jednak atmosfera tego miejsca była tak pociągająca, że postanowiliśmy odpocząć, wyciszyć się. Zresztą w ogóle w Indiach nigdzie się nam nie spieszyło, ale o tym będzie kiedyś osobny wpis na moim blogu.
B.położył się na ławce, ja na trawie, S. i A. również. Jednak S. zaraz zaalarmował nas, że dookoła jest pełno pijawek, które wywęszyły już ciepłe ciała białasów i zwinnie podążały, aby je zdobyć. Zaczęliśmy się w lesie rozbierać. Ja w panice. No nie lubię i już, mam za bujną wyobraźnię, że taka na przykład pijawka to może sobie zamieszkać na zakręcie mojej żyły albo coś w tym stylu. Na szczęście żadna się do mnie nie przykleiła, ale do B. tak – w nogę, a do S. w pupę. Po tej pijawkowej przygodzie udaliśmy się od razu do Gupta Restaurant, aby przy dobrym jedzeniu uspokoić się trochę.
Moja opowieść o pijawkach zmierza jednak do innej. Czasami docieraliśmy do miejsc, które pojawiały się nam na drodze. Idąc i idąc przez malownicze zakątki, to przez mleczne mgły z których wynurzały się gompy, czy małe wioski z ganiającymi dziećmi dookoła nas, trafiliśmy na świątynię. Przed wejściem ustawiona była tablica informacyjna mówiąca, że bardzo się prosi, aby uszanować to religijne miejsce i NIE ZABIJAĆ, nie pić, nie palić itd. Aby wejść do świątyni trzeba było naturalnie zdjąć buty. Mały mniszek zrobił to zwinnie, ja trochę męczyłam się z moimi trekingowymi butami, a przeszkadzał mi w tym jeden mały robaczek. Próbowałam go usunąć z buta, nie dotykając go, ale nie chciał się odczepić. Mały mnich obserwował mnie uważnie, z jego miny wywnioskowałam, że coś jest nie tak. I w tym momencie przypomniałam sobie o informacji, aby uczcić to religijne miejsce i niczego nie zabijać. Całe szczęście, że szurając moim buciorem nie doszło jednak do morderstwa. Dłonią wzięłam robaczka i położyłam na trawie, prawie go przepraszając ;-) Mniszek odetchnął z ulgą, ja także. Ten robaczek to była pijawka... brrrr. Tylko taka chuda, po prostu głodna. Spotkanie z małym mniszkiem oraz to zdarzenie wywarło wpływ na moje życie. Nie jestem w stanie zabić żadnego robaka. Zawsze przed oczyma pojawiają się oczy tego mniszka. I wiem dlaczego A. śnił się ten sen. On był po prostu dla mnie. Był przestrogą ;-)

Od jakiegoś czasu w moim mieszkaniu zamieszkało pełno pająków. Jestem przyzwyczajona. W moim pokoju, kiedy jeszcze mieszkałam w S. zimą potrafiła fruwać sobie pszczoła, biedronka czy mucha. One sobie tam mieszkały i co jakiś czas budziły się ze snu zimowego i mówiły mi: cześć.
Ale wracając do pająków. Nutka za bardzo ich nie lubi. Muszę je zbierać w odpowiedni sposób, po czym komisyjnie wynosimy je na balkon. Nuta musi sprawdzić ich żywotność, tzn. pająk musi ruszyć o własnych siłach. W przeciwnym razie zobaczę oczy podobne do oczu mniszka i co ja wtedy zrobię???????? Komu zgłoszę to morderstwo???
Nagle wylonil sie przed nami taki widok
Maly mniszek otwiera drzwi swiatyni, nie zabilam, moge wejsc

niedziela, 2 sierpnia 2009

Fioletowo

zakupiona wczoraj roslina
lawenda
mlody czlowiek, ktory dzwonil akurat do mamy. Przed budynkiem Art Institute w Chicago.

sobota, 1 sierpnia 2009

Kumari Devi

Kumari Devi, obecnie jest nia inna dziewczynka
Kumari Bahal, dom Kumari
Jedna z moich prac jako efekt spotkania z Kumari Devi

Jednym z celów mojej podróży do Nepalu było odwiedzenie Kumari Bahal w Katmandu — miejsca, gdzie mieszka Kumari Devi — dziewczynka uznana za „żywą boginię”. Postać ta zainteresowała mnie z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że dziewczynka utożsamiana jest z boginią, a także dlatego, że jej „okres boskości” uwarunkowany jest od cyklu menstruacyjnego, a więc krwi.

Codziennie pod dom Kumari Devi przychodzą rzesze Nepalczyków i turystów, aby zobaczyć to kilkuletnie dziecko. Pojawienie się w oknie Kumari jest ściśle kontrolowane przez jej krewnych, dlatego też nie jest łatwo ją zobaczyć. Kumari Devi raz do roku może pokazać się poddanym podczas festiwalu Indra Jatra (we wrześniu). Jeśli ma się sporo szczęścia można też zobaczyć ją przez kilka sekund w oknie jej domu w innej porze roku. Takie spotkanie poprzedza oczekiwanie, które kończy się ogólną radością, która udziela się również tym, dla których Kumari jest zwykłą dziewczynką. Taka radość ze spotkania towarzyszyła również i mnie, gdy zobaczyłam Kumari Devi wyglądającą przez okno, choć bez pozwolenia opiekunów nie wolno było jej tego robić i kiedy przez kratkę okna długo mi się przyglądała.
Historia Kumari Devi sięga korzeniami Indii (ponad 2600 lat temu). W Nepalu pisane świadectwa o niej pojawiają się od XIII wieku naszej ery, choć kult Żywej Bogini znany był już w szóstym wieku. Pojawienie się kultu związane jest z trzema legendami (Jedna z nich związana jest z nepalskim królem Jayaprakash Malla i boginią Taleju. Podczas gry w kości, król stawiał jej urodę ponad urodę swojej żony. Rozgniewana bogini skarciła go za to i zapowiedziała, że odtąd król zobaczy ją tylko w wcieleniu młodej dziewczyny. Stąd też powstał rytuał błogosławieństwa, które udziela Kumari Devi podczas corocznego festiwalu Indra Jatra. Inna legenda mówi o stosunku seksualnym z młodą dziewczynką, która w skutek niego umiera. Dręczony wyrzutami sumienia król podczas snu dostaje wskazówkę znalezienia wcielenia Taleju w postaci młodej dziewczynki. Trzecia legenda wspomina o banicji nałożonej przez króla na małą dziewczynkę opętaną przez boginię Durga. Królowa dowiedziawszy się o jej wygnaniu, nakazuje mężowi sprowadzić ją z powrotem i uczynić Żywą Boginią).

Każda dziewczynka zanim stanie się Żywą Boginią musi przejść szereg prób i testów. Przede wszystkim musi wyznawać buddyzm, mieć od trzech do pięciu lat, pochodzić z kasty Newarów, być dobrego zdrowia. Poza tym musi spełniać trzydzieści dwie wytyczne odnoszące się do jej wyglądu zewnętrznego, począwszy od zgrabnych nóg i rąk, bardzo czarnych oczu, długich rzęs, ud jak u sarny, a na miękkim głosie i horoskopie zgodnym z królewskim skończywszy. Kiedy więc przejdzie pierwszy test związany z jej fizjonomią, przechodzi do następnego, który odbywa się w świątyni Taleju, gdzie poddana jest próbie odwagi. Jeśli przyszła Kumari nie wystraszy się głów zabitych zwierząt i tańczących dookoła nich mężczyzn, przechodzi do ostatniego już etapu, w którym musi bezbłędnie wybrać ubrania poprzedniej bogini — dziewczynki. Odtąd będzie boginią, zamieszka w Kumari Bahal w Katmandu, będzie zawsze ubrana na czerwono, włosy jej będą związane, a na czole będzie miała wymalowane oko na tle czerwieni (agni chakchuu), jako symbol jej siły. Dziewczynka może opuścić swój dom raz do roku, pokazać się wiernym, dać błogosławieństwo królowi. Nie może dotknąć stopą ziemi zwykłych ludzi, toteż jak przystało na boginię, jest noszona na specjalnym tronie lub na rękach swoich opiekunów. Ona, jak i jej stopy są święte. Kumari nie nosi butów, jedynie czerwone rajstopy albo jej stopy zanurzone są w czerwonym barwniku połączonym z mlekiem. Czerwony kolor jest więc wszechobecny w jej życiu, a symboliczne jego znaczenie odnosi się do krwi. Poddani składają jej ofiarę w postaci jedzenia, całują w stopy, a ci którzy chorują na schorzenia związane z krwią i menstruacją, pragną jej dotknąć, aby ulec wyleczeniu. Każdy jej ruch ma symboliczne znaczenie i jest interpretowany. Tę szczególną moc Kumari posiada do momentu pojawienia się pierwszej menstruacji lub kiedy straci sporo krwi z innego powodu. Wtedy właśnie duch Taleju opuszcza ją i poszukiwania nowej dziewczynki rozpoczynają się na nowo.

Istnienie Kumari Devi jako bogini jest zaskakujące zważywszy, że świat kobiety w Nepalu, a zwłaszcza w Indiach, wyznaczają mężczyźni. Świat kobiet obserwowałam z daleka, nie miałam okazji komunikowania się z nim. Moje ciało było dla Hindusów neutralne (pozbawione płci), ponieważ podczas podróży sama o sobie decydowałam, a więc jednocześnie nie wpisywałam się w społeczną rolę kobiety, do której byli przyzwyczajeni. Ze swoimi prawami i możliwościami obcokrajowca-turystki czułam się tam jak mężczyzna.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...