piątek, 30 stycznia 2009

Ludzie




To był ciężki tydzień. W takich sytuacjach zawsze ratuję się wspomnieniami z podroży, a zwłaszcza wspomnieniami o zwykłych ludziach, którzy nie są wcale tacy zwykli, a których spotkałam na swojej drodze. Uspokaja mnie fakt, że oni tam są, w tych miejscach. Wiem gdzie ich szukać, choć właściwie znamy się trochę lub może wcale.

Pewnego dnia w Indiach, jadąc z przyjaciółmi wynajętym jeepem do buddyjskiego klasztoru Rizong, po drodze zabraliśmy mnicha, który wracał z zakupów do swojego domu. Miał ze sobą liczne pakunki, worek z cebulą, a w ręku małą butelkę z wodą, w której trzymał pomarańczowe kwiaty. Trzy łodygi kwiatów były nie mniej ważne od żywności niezbędnej do życia. Może te kwiaty związane były z jego religią, może z nadchodzącym świętem, a może służyły tylko do dekoracji, jednak wiezione przez niego pomimo dalekiej drogi, ciężkich bagaży i wysokich gór, uświadomiły mi, że to co najbardziej istotne w życiu ludzi Dalekiego Wschodu trzeba odnajdywać w detalach. To była bardzo ważna lekcja, którą zaadoptowałam do swoich polskich warunków. Mnich zaprosił nas na herbatę do swojego mnisiego domku. Zaraz zleciały się dzieciaki – chłopcy – małe mnisiątka, którzy świetnie mówili po angielsku. Wszystkich tych ludzi nie opuszczał uśmiech. Poczęstowaliśmy ich jabłkami, a w zamian otrzymaliśmy ten subtelny ukłon (taki jak u Dalajlamy). To była czysta chwila, pełna serdeczności.

środa, 28 stycznia 2009

Oto niebo nad Krakowem, to nie pomyłka ;-) Tak jest przez większość roku...


zagubiony smoczek wawelski...


Dziewczyna z prowincji, pije kawę i odpoczywa w Prowincji ;-)))




wtorek, 27 stycznia 2009

Katarzyna Kobro

Wczoraj była 111 rocznica urodzin Katarzyny Kobro. Od ponad roku pracuję nad projektem artystycznym, którego jest bohaterką.

niedziela, 25 stycznia 2009

Wystawa, plamy z wina, papier ścierny i inne utensylia.

kawa i ciasto plus truskawka wyostrzają wzrok, przez okno kawiarni wypatrzyliśmy sklep z papierem ściernym i nie tylko ;-)

Z Wiedniem mam trzy wspomnienia. Pierwsza w nim wizyta, to jakieś piętnaście lat temu. NUDA. W głowie pozostały mi złote, świecące monumenty, nieskazitelnie wyglądające kamienice i schodzone przeze mnie i moich znajomych ulice w poszukiwaniu dobrej kawy (bez rezultatu, może z powodu niedzieli?, kto to wie...). Ostatecznie położyliśmy się w parku koło odpoczywających wiedeńczyków i tak spędziliśmy resztę dnia opowiadając sobie różne historie.
Mój drugi pobyt był związany z pracą. Naprawdę udany wyjazd, z jednym wszakże wyjątkiem. Męczącym, powracającym, targającym nerwy, powodującym bezsenność itd. itp. Dziś, widząc go z perspektywy, śmieję się z niego i jest on anegdotą nr 3, a zaliczam go do tzw. trudnych sytuacji, kiedy jest się gościem.
Po całym dniu oglądania sztuki w muzeach i życia, co jest moim ulubionym zajęciem, wieczór z B. postanowiłam spędzić w mieszkaniu, gdzie się zatrzymaliśmy, dodam: bardzo strzeżonym. Na tę okazję zamówiliśmy ogromną pizzę, kupiliśmy czerwone wino i tak zaopatrzeni gadaliśmy, czytaliśmy itd. itd. w kuchni. Ja jako pierwsza udałam się na spoczynek, po czym niedługo mi dane było leżeć sobie w błogim śnie. B. z niepokojem w głosie powiedział: p o p a t r z!!! No i popatrzyłam i zobaczyłam: cały sufit w czerwonych plamach po winie. Ktoś powie no i co z tego?
Po pierwsze: byliśmy w dość nobliwym miejscu, w wyremontowanym mieszkaniu, a poza tym co z tym zrobić? Wino rzecz jasna otwierane było na wpych (ku przestrodze), tylko małe syknięcie dane nam było usłyszeć, ale żeby aż po ścianach i suficie miało się rozprzestrzenić?! Od razu myśl: to nie nasze!, ale jednak nasze; nie widać!, ale jednak widać, no i wreszcie: co teraz?
Do zadania podeszliśmy metodycznie, ustaliliśmy czym możemy to usunąć, malowanie nie wchodziło w grę, miałam jeszcze sporo obowiązków związanych z wystawą, a poza tym... chociaż? No ale nie ;-) Na drugi dzień, w samym sercu Wiednia zaczęliśmy szukać: odpowiednich gumek do mazania, papieru ściernego lub podobnych zastępczych rzeczy, myjek, płynów itd. Tylko, że sklepów z takimi akcesoriami nie było w turystycznej części, bo i po co? Turysta nie będzie przecież kupował papieru ściernego drobnoziarnistego. Zrezygnowani postanowiliśmy odpocząć w pobliskiej kawiarni. Gapiliśmy się przez szybę obmyślając kolejny plan. Nagle nasze oczy skupiły się na sklepie, małym, przypominającym jeden z wielu na krakowskim Kazimierzu. To mógł być nasz ratunek. W sklepie dostaliśmy wszystko to, czego potrzebowaliśmy plus dodatkowe utensylia. Jednak nic nie zadziałało, było jeszcze gorzej. Sam sposób w jaki próbowaliśmy ratować się z tej sytuacji był nader śmieszny. B. musiał stanąć na dość chybotliwym stole, co groziło połamaniem go i kolejnym problemem: jak go wyniesiemy, skoro dookoła są kamery, szyfry, strażnicy itd. Zaczęliśmy wymyślać historie, co nas nieźle ubawiło, leżeliśmy na podłodze ze śmiechu. Cokolwiek byśmy nie wymyślali byliśmy w punkcie wyjścia, niestety... Radziliśmy się artystów co oni by zrobili. Kiedy zaczęli opowiadać swoje historie, nasza wydała się naprawdę błahostką ;-) I żeby nie przedłużać: plamy zostały, nikt nie miał pretensji. Została historia o wielu wątkach, tu przytoczyłam tylko jeden (historia jest naprawdę rozbudowana). I od razu przypomniało mi się kolejne zdarzenie moich znajomych, którzy udali się na Sylwestra do hotelu, gdzie już na wstępie zostali poinformowani, że za wszystkie szkody będą musieli zapłacić. Weszli do swoich pokojów i oto na każdym sprzęcie wypisane były ceny wyposażenia, takie doczepione etykiety, ku przestrodze; sztuczny kwiatek w doniczce tyle, stół tyle, wazon tyle itd. To ich trochę wystraszyło, więc postanowili zachować niebywałą ostrożność. Ale niestety, czerwony szampan wylał się na ścianę, a sztuczny kwiatek złamał nie wiadomo kiedy i jak. Dodam, że to bardzo spokojni ludzie, po prostu pech ;-) Jest jeszcze taka historia o wujku, niewiarygodna, jak z filmu, ale to już innym razem... ;-)))

sobota, 24 stycznia 2009

piątek, 23 stycznia 2009

czwartek, 22 stycznia 2009

i nagle nastąpiło wielkie zniknięcie...choinki i zimy za moim oknem



niespa w Japonii (2)
13 wrzesień 2002 rok, piątek, Mino, Japonia

Śniadanie dostaję do łóżka! Jestem trochę zmieszana tą sytuacją. A na śniadanie.... jajecznica z ryżem, miso soup przypominająca smakiem rosół i jeszcze coś małego ukiszonego. Nic nie mogę jeść, czuję jeszcze z wczoraj surowe ryby. Jak ja mogłam je zjeść?! Po śniadaniu obchodzę dookoła mój domek. Jestem zachwycona. Dom podzielony jest na trzy części, oddzielone od siebie japońskimi drzwiami z tradycyjnym malarstwem japońskim. Cała podłoga wyłożona jest tatami. We wnękach znajdują się szafy. Nad drzwiami wiszą jakieś teksty w języku japońskim, a gdzieniegdzie ustawione są ołtarzyki z Buddą. Cały mój domek otoczony jest korytarzem, zewnętrzne ściany domku są przesuwne. Z jednej strony mam mały japoński ogródek, z drugiej las, gdzie grają cykady. Mam także pokoik, w którym mogę mieć pracownię oraz kuchnię i łazienkę z prawdziwą wanną japońską — kwadratową, wielkości 1x1metr, ale za to głęboką tak, że mogę cała się zanurzyć po szyję.

Wyruszam do miasta, do studia. Ponieważ moja świątynia jest oddalona od centrum, mam do dyspozycji rower. Teraz widzę Japonię z albumów: czystą jak kryształ rzekę, ogródki i wszędzie rozbrzmiewające dzwoneczki. Jest jeszcze wcześnie rano. Mleczna mgła otula wszystko dookoła i właśnie z niej wyłania się ONA: w prostych szarych ubraniach, ogolona na łyso, z miękkimi rysami twarzy, w półuśmiechu jaki mają ludzie, którzy posiedli jakąś tajemnicę. Z tej mgły wyłania się najpierw twarz, dopiero potem reszta ciała. To była japońska mniszka. (Spotykałam ją potem wielokrotnie, nigdy nie poznałam, często ją wspominam.)

Po południu wracam do domu. Z głową pełną wrażeń jadę spokojnie na rowerze. Po godzinie orientuję się, że nie mogę znaleźć mojego domu. Wracam z powrotem, przy pracowni kamieniarskiej pytam po angielsku Japonkę o moją świątynię. Ta tylko się uśmiecha i kiwa ciałem w prawo i lewo. Postanawiam przemówić do niej po japońsku. Rozumie! I wskazuje mi kierunek. Jadę i jadę i już wiem, że nie ta droga. Muszę radzić sobie sama. Przejeżdżam przez most, okolica jest tak piękna, że muszę się zatrzymać. Nagle widzę jasnobrązową małpę, która zmierza w moim kierunku. Jest wielkości pięcioletniego dziecka. Muszę uciekać, ponieważ mnie goni. Trafiam w osobliwe miejsce ukryte w gąszczu drzew. Wygląda to jak cmentarz. Zwracają moją uwagę posążki dzieci ubrane w śliniaki. Zaczyna robić się ciemno. Podejmuję decyzję, aby zajechać do jakiegoś domu i prosić o pomoc. Jadę dróżką, tak, to moja świątynia! Podjeżdżam pod główne wejście i jestem rozczarowana. To wcale nie to miejsce. Obchodzę dookoła piękny budynek. Widzę przez szybę chłopca, proszę, by otworzył drzwi. Ten wychodzi z pokoju, jakby przestraszony, ale pojawia się piękna Japonka, która na dodatek mówi po angielsku. Wyjaśniam sytuację, proszę by wskazała mi drogę, ale proszę także by nie dzwoniła do mojej rodziny. Jadę według wskazówek. Z naprzeciwka podjeżdża jeep Atsuko San. Skruszona wsiadam do samochodu. Porażka polskiej globtroterki. Czy w Japonii są małpy?

środa, 21 stycznia 2009

niespa w Japonii (1)

11 wrzesień 2002 rok, środa, Warszawa, Frankfurt

Nerwowa atmosfera w związku z rocznicą ataku na World Trade Center. Zgodnie z moim terminarzem, mogłam tylko dziś lecieć do Japonii, loty nie są codziennie. Pocieszam się, że w tym dniu nic nie może się już wydarzyć. Mina mi rzednie w samolocie do Frankfurtu — prawie sami Arabowie. Koło mnie siada znany piosenkarz i ksiądz. Zaprzyjaźniamy się od razu; piosenkarz leci do Kanady, ksiądz na misję do Ameryki Łacińskiej, ja do Japonii. Cały lot rozmawiamy, a we Frankfurcie odprowadzamy się do swoich bramek.
Czekam na następny samolot, coraz więcej Japończyków. Teraz dochodzi do mnie, że za chwilę będę 11 tysięcy kilometrów stąd! Budzę zainteresowanie swoją osobą. Japonka daje mi w prezencie różowego łabędzia zrobionego w technice origami. Tylko, że ten łabędź ma półtora centymetra. Wkładam go do torby, będzie dla mnie talizmanem podczas tej podróży.

12 wrzesień 2002 rok, czwartek, Mino, Japonia

Podróż trwała jedenaście godzin. Kiedy wyszłam z samolotu było gorąco i wilgotno. Na lotnisku czekali Japończycy, na kartce zobaczyłam swoje imię. W tym samym czasie przylecieli również inni artyści. Witamy się, potem jedziemy godzinę do Mino. Oglądam przez okno samochodu miasto Nagoya. Jestem zdziwiona wyglądem domów; są z blachy falistej, jeden przy drugim. Kable wysokiego napięcia prowadzone są nad ich dachami. A gdzie jest ten japoński design, ta prostota formy?
Zatrzymujemy się w restauracji na lunch. Przed jedzeniem dostajemy gorące mokre chusteczki osibori do wytarcia rąk. Miły zwyczaj. Dostajemy japońskie jedzenie, pierwszą lekcję jedzenia pałeczkami mam już za sobą — uczył mnie Japończyk w samolocie. Po jedzeniu chcę już tylko spać.
Stoję przed swoim domem. Przez trzy miesiące będę mieszkać w świątyni buddyjskiej, a mnich z żoną będą się mną opiekować. Prowadzą mnie do mojego małego domku. Idę w pantoflach, które mi przydzielili. Pierwsza gafa, wchodzę nimi na tatami — matę z trawy morskiej. Zapomniałam, że tego się nie robi. Gospodarze pokazują mi mój nowy dom, nic jeszcze do mnie nie dociera. Zostawiają mnie, abym trochę odpoczęła. Zasypiam tak mocno, że mam wrażenie, że żegnam swoje polskie życie, a zaczynam zupełnie nowe.
Podczas kolacji same japońskie specjały — sushi i sashimi, które przygotowała pani domu — Atsuko San. To było trudne doświadczenie. Mam wrażenie, że surowe ryby ułożyły się do snu na kilka dni w moim żołądku. Atsuko San pyta jakie śniadania wolę — japońskie czy europejskie. Wybieram japońskie, bo nie chcę robić sobą zamieszania.


Trzeba wreszcie otworzyć te japońskie drzwi...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...